Oświadczam na wstępie, że ten wpis został w pewnym sensie sprowokowany i to nawet nie przez Kaczyńskiego.

Szczerze mówiąc, nie zamierzałem "obnosić" się na Salonie z moją chorobą, bo nie uważam, żeby to był temat szczególnie interesujący. Tym bardziej, że żyję. Za mojej bytności na Salonie kilku tutejszych blogerów odeszło na łono Abrahama, lub jak kto woli do krainy wiecznych łowów, ale na mnie jak widać jeszcze nie czas.

No ale ponieważ wiadomość o moim pobycie w szpitalu "wyciekła" do sieci na blogu Ronina i  pojawiło się tam trochę komentarzy na ten temat, więc postanowiłem jakoś się do sprawy ustosunkować u siebie.

Chciałbym przy okazji podziękować za wszystkie życzenia powrotu do zdrowia i słowa otuchy, ale śmiać się z dowcipów nie mogę, bo powoduje to okropny ból w miejscu które było operowane, podobnie zresztą jak kichanie, kaszel itp reakcje fizjologiczne. Z powyższych powodów w najbliższym czasie nie zamierzam wsłuchiwać się w wypowiedzi nadzbawiciela i różnych Macierewiczów okraszonych Biniendami, gdyż śmiech to co prawda zdrowie, ale jak widać może być też przyczyną cierpienia.

Żeby rozwiać pojawiające się tu i ówdzie wątpliwości co do charakteru zabiegu wyjaśniam, że operowano mnie na podstawie rozpoznania o kodzie ICD-10 i wykonano procedury o nr 53.03 i 100.21.

Operacja się udała, choć wystąpiły powikłania w postaci krwiaka podskórnego, co wymagało oczyszczenia rany i powtórnego zszywania. W efekcie mam krwiaka o powierzchni zbliżonej do gabarytów tygodnika Polityka, który ciągle rośnie i byc może osiągnie nawet wielkość Gazety Polskiej. Na życzenie mogę udostępnić fotografię, ale uprzedzam, że wygląda to dość koszmarnie.

Ostanio leżałem w szpitalu jeszcze za komuny, więc pomyślałem sobie, że kilka refleksji związanych z funkcjonowaniem współczesnej służby zdrowia może okazać się ciekawe dla czytelników reprezentujących różne opcje światopoglądowe i polityczne.

O naszym lecznictwie napisano i powiedziano już tyle, że trudno zapewne być w tej kwestii oryginalnym, ale mimo wszystko spróbuję zwrócić uwagę na kwestię, która  jest jakby nieco pomijana w rozważaniach. Chodzi mi mianowicie o relacje między personelem a pacjentem, które oczywiście w jakimś stopniu zależą od ogólnego stanu lecznictwa, ale w nie mniejszym od kultury i wyuczonych zachowań, które to czynniki bardzo często odgrywają decydującą rolę w ocenie funkcjonowania każdej służby publicznej, nawet tej "sprywatyzowanej".

Jako osoba mająca w rodzinie i wsród znajomych licznych pracowników służby zdrowia, znam dość dobrze problemy tego środowiska i to zarówno na szczeblu że tak powiem "ministerialnym" jak i na pierwszej linii frontu, czyli te, które dotyczą lekarzy i średniego personelu medycznego.

Zanim opiszę moje ostatnie doświadczenia, chciałbym opowiedzieć Państwu zdarzenie sprzed kilku lat, z czasów, gdy ministrem zdrowia był pan Balicki, a moja dobra znajoma była jego współpracownikiem i m.innymi razem pisali projekt ustawy o prawach pacjenta "psychiatrycznego". W tym czasie dostałem skierowanie na pewne specjalistyczne badanie, które w ramach ubezpieczenia mogłem wykonać tylko w kilku szpitalach w W-wie, między innymi w klinice na Banacha. Na marginesie wspomnę, że kilkanaście lat temu umarła tam moja ciocia, która być może żyła by jeszcze kilka lat, gdyby nie to, że przewróciła się w nocy w toalecie  (i nie była to toaleta w jej pokoju)  uderzyła głową o ścianę i tak leżała kilkla godzin, bo nikt z personelu nie zauważył, że staruszki nie ma na sali. Zmarła po tygodniu nie odzyskawszy przytomności.

Pojechałem więc do tego szpitala, żeby się zapisać na  badanie. Tam poinformowano mnie, że terminy są za około pół roku, więc zrezygnowałem. Zadzwoniłem do koleżanki żeby spytać, czy może mi jakoś pomóc w tej sprawie. Powiedziała, że się zorientuje. Za kilka dni dostałem rano telefon, że mam 3 numerek i żebym jechał do szpitala na badanie. Pewnie pomyslicie Państwo, że załatwione to zostało "po znajomości", ale odbyło się to jednak nieco inaczej. Otóż koleżanka zadzwoniła do szpitala i dowiedziała się, że codzienne jest pula kilku numerków, które można sobie zaklepać, jeśli odpowiednio wcześnie stanie się w kolejce. Mnie oczywiście nikt o tym nie poinformował. Ponieważ pracowała niedaleko od szpitala, to pojechała do pracy 2 godziny wcześniej, stanęła w  kolejce i zdobyła dla mnie ten numerek. Ale to jeszcze nie koniec tej historii.Wracając ze szpitala dotarła do pracy o dobrą godzinę wcześniej niż zwykle, co wzbudziło zainteresowanie portiera, który wydawał klucze do poszczególnych gabinetów. Kiedy wyjaśniła mu powód, ten zareagował następujaco : Ależ pani (..). trzeba mi było wcześniej powiedzieć, że potrzebuje pani ten numerek, bo moja żona tam pracuje i mogłem Pani to załatwić  bez czekania w kolejce. Koleżanka podziękowała i z grzeczności spytała, czym zajmuje się żona pana portiera, na co ten odparł, że jest salową. Morał z tej opowieści jest taki, że czasem salowa ma lepsze dojścia niż współpracownik ministra, choć pewnie można by jeszcze kilka innych morałów z niej wywieść.

No ale wracajmy do współczesności.

W mojej miejscowości w ub. roku gmina podpisała umowę z pewną firmą medyczną, która zobowiązała się zmodernizwać istniejący, stary szpital i pobudować obok drugi. Postawiono go błyskawicznie, z gotowych modułów, wyposażono w nowoczesną aparaturę, zorganizowano oddziały których w ogóle do tej pory nie było i 21 wiek zawitał do gminy.

Już w ubiegłym roku miałem skierowanie na operację, więc pojechałem się zorientować jakie są terminy. Skierowano mnie na oddział chirurgii i tam pan dr. poinformował mnie, że musiałbym czekać ok 2 tygodni. Ucieszyłem sie, że tak krótko, ale trochę mnie zdziwiło, że lekarz nawet mnie nie zainteresował się jak wygląda to, co miałby operować. Z pewnych względów musialem przełożyć zabieg i poszedłem ponownie w marcu tego roku, aby już konkretnie się zapisać. Ale okazało się, że terminy wydłużyły się do ponad 3 miesięcy, bo jak wyjaśnił pan dr. NFZ wyznaczył im limit  trzech planowanych operacji dziennie. Oczywiście poinformował mnie, że mogę próbować w innej placówce, bo nie obowiązuje rejonizacja. Ponieważ z wielu względów pasował mi jednak ten szpital, więc zapisałem się na zabieg i w końcu się doczekałem.

Po przejściu standardowych procedur na izbie przyjęć znalazłem się na oddziale chirurgii, gdzie pielęgniarka odebrała ode mnie różne dokumenty lekarskie i wypełniła tzw. ankietę epidemiologiczną. Musiałem np. odpowiedzieć na pytania o nazwisko i adres mojego stomatologa i co ciekawe, pytano mnie również o namiary na fryzjera, z którego usług korzystalem. Na szczęście w tym wypadku wystarczyła sama lokalizacja zakładu. Pobrano mi rówież krew i wręczono identyfikator w formie opaski na rekę. Potem zaprowadzono mnie na salę. 3 - osobową, z pełnym węzłem sanitarnym wyposażonym m.innymi w elektroniczne dozowniki mydła, a łóżko na którym leżałem posiadało elektryczną regulację podnoszenia w 3 płaszczyznach i ogólnie warunki okazały się bardzo przyzwoite, na że tak powiem "europejskim" poziomie. Zabieg zaplanowany był na następny dzień, więc nie dostałem już posiłku, a przed operacją polecono mi wziąć prysznic i ogolić pole operacyjne. Noc minęła spokojnie, no może z wyjątkiem krzyku, który dał się słyszeć ze znajdującego się w poblizu oddziału porodowego. Ale przyjście na świat nowego Polaka to wydarzenie, które nie powinno być przecież powodem dyskomfortu prawdziwego Pantryjoty.

Natomiast nagłe wtargnięcie na salę przed godziną 6-tą rano pielęgniarki, która zapala światło i dośc zdecydowanym głosem pyta : "co to za spanie, panowie ?" było pierwszym zaskoczeniem jakie spotkało mnie w tej placówce. Kolejnym był obchód lekarski ok. godziny ósmej. To, że żaden z lekarzy (na czele z ordynatorem) nie powiedział wchodząc do sali "dzień dobry" to jeszcze tylko dowód braku kultury, ale fakt, że ów ordynator nawet nie zbiliżył się do nowego pacjenta (czyli do mnie) nie mówiąc o zamienieniu choćby kilku słów, lekko mnie jednak zafrasował. Podobnie jak zupełnie pomijane prośby moich kolegów z sali, w kwesti wyjaśnień dotyczących ich problemów związanych z pobytem w szpitalu i leczeniem. Mnie również nikt nie potrafił udzielić inormacji o której godzinie odbędzie się operacja, choć poprzedniego dnia anestezjolog mówił, że już o 8 rano mam mieć podanego  "głupiego jasia". O godznie 12 nadal nic nie było wiadomo, o 14 powiedziano mi, że może przełożą na jutro, a o 16, że na jutro to nie, bo jutro mają za dużo roboty. No i ok 17-ej zabrano mnie jednak na salę operacyjną, gdzie włączona klimatyzacja sprawiała, że szczękałem zębami z zimna, bo temperatura była sporo niższa niż na mojej sali, a dokładnie wynosiła 17 stopni. Przebieg operacji pominę, istotne jest bowiem to, co miało miejsce potem.

Otóż dość silnie krwawiłem i miałem trudności z oddawaniem moczu. Nikt do mnie nie zajrzał, a przycisku do wzywania pielęgniarki jakoś nie bardzo miałem ochotę użyć  po tym, jak poprzedniego dnia jedna z sióstr zrugała mojego towarzysza niedoli tłumacząc mu, że to jest przycisk tylko do nagłych wypadków a nie do tego, żeby ją wzywać, bo skończyła się kroplówka. Nad ranem jednak poszedłem osobiście do dyżurki i poprosiłem o zmianę opatrunku. Wróciłem na salę i już za około 15 min przyszła pielęgniarka i oprócz opatrunku założyła mi również cewnik. Oczywiście na porannym obchodzie pan ordynator wykazał mniej więcej takie zainteresowanie mną jak poprzedniego dnia, choć tym razem wysłuchał dwuzdaniowej relacji o udanej operacji, a jeden z lekarzy nawet zerknął na opatrunek. Niestety nadal silnie krwawiłem, więc po kilku godzinach poszedłem ponownie na dyżurkę z prośbą o zmianę opatrunku. Były tam dwie pielegniarki, a których jedna powiedziała żebym wrócił na salę i któraś z nich przyjdzie. Za ok 40 minut jedna z nich faktycznie przyszła, ale żeby podłączyć kroplówkę koledze. Kiedy przypomniałem o moim opatrunku spytała, czy przyjdę do nich na jego zmianę.

I w tym momencie moja cierpliwośc wyczerpała się. Powiedziałem paniusi, że gdyby moja żona, która pracuje w tym zawodzie 35 lat tak traktowała pacjentów, to by ją psami szczuli, jako że pracuje w terenie, choć "karierę" zaczynała od szpitalnego oddziału internistycznego. Pinda zrobiła zdziwioną minę, jakby nie wiedziała o co mi chodzi. Więc pouczyłem ją jeszcze w kilku zdaniach co do obowiązków wynikających z wykonywania tego zawodu i zdaje się, że poskutkowało, bo szybko przyszła z opatrunkiem a moi koledzy stwierdzili, że nareszcie ktoś zareagował prawidłowo. Potem okazało się, że obok mnie leżał brat koleżanki mojej żony z pracy, też pielęgniarki, która codziennie go odwiedzała i oboje mieli  podobne odczucia co do personelu jak ja. Panie były opryskliwe, obrażone na cały świat, sprawiały wrażenie że robią łaskę i ogólnie stanowiły silny kontrast z oddziałem w sensie jego "europejskości". Następny opatrunek wymagał zmiany w czasie gdy kończyła pracę zmiana popołudniowa, ale jedna z pielęgniarek powiedziała, żebym przyszedł na salę opatrunkową obok dyżurki, to jeszcze mi go zmieni, choć za 15 minut kończy pracę. Poleciła mi rozebrać się i położyć na leżance. Tak zrobiłem i czekałem na nią przy otwartym oknie 15 minut. A ona w tym czasie siedziała w sali na przeciwko i plotkowała z koleżanką.

Kolejną noc też miałem ciężką, bo znów ok g. 4 rano przesiąkł mi opatrunek i wymagał zmiany. Poszedłem na dyżurkę na której jednak nie było nikogo. Za jakieś 15 minut poszedłem ponownie i tym razem udało się trafić na pielęgniarkę. Ta powiedziała jednak, że takie krwawienie to nic, i że mogę zaczekać do przyjścia rannej zmiany. W efekcie rano musiano mi zmienić nie tylko opatrunek ale i całą pościel, bo pewnie pan ordynator nie lubi widoku zakrwawionego łóżka. Rano na obchodzie był wyraźnie zdegustowany problemami ze mną i polecił lekarzowi prowadzącemu ponowne otrwarcie rany i jakąś interwencję. Na szczęście akurat ten  lekarz okazał się sympatyczny i "normalny" i nawet wydawał się przejęty komplikacjami po zabiegu który przeprowadził. Znieczulił ranę miejscowo, oczyścił, zszył ponownie i powiedział, że jeśli do popołudnia będzie wszysto ok, to mnie wypiszą.

Tak też się stało i dzięki temu możecie Państwo teraz czytać ten tekst.

W ramach " zadośćuczenienia" za niespodziewane komplikacje sympatyczny pan doktor zaprosił mnie za tydzień na wizytę kontrolną na oddział,  choć normalnie należy to do obowiązków lekarza chirurga w przychodni rejonowej. Porozmawiał też ze mną i żoną i dokładnie wyjaśnił wszyskie wątpliwości związane z zabiegiem i nie tylko. To w zasadzie jedyna osoba z tego oddziału, która zachowała się profesjonalnie i "po ludzku" Całą resztę natychmiast bym zwolnił, gdyby to ode mnie zależało. Ale jako ciekawostkę powiem, że kiedy nowy właściciel przejmował szpital, to cały personel przywiózł ze sobą, a po kilku miesiącach oznamił, że z uwagi na trudną sytuację finansową obniża wszystkim pensje o 20%  a jak się komuś nie podoba, to może się zwolnić. Co oczywiście nie usprawiedliwia chamstwa i buractwa, które jest raczej cechą wrodzoną lub nabytą i nie zależy od uposażenia.

W końcu ja poznałem moją żonę właśnie w szpitalu w czasach, gdy pielęgniarki zarabiały marne grosze, ale jak dziś pamiętam, że na oddziale była jedna, o której pacjenci mówili, że jest nieprzystępna i niemiła, a pozostały personel mozna było przykładać do rany. Ordynator na obchodzie witał się i rozmawiał z każdym pacjentem i każdego badał osobiście, dając przykład pozostałym lekarzom i stażystom. A rządziła wtedy partia komunistyczna.

Jaki z tego wniosek ? ano taki, że niezależnie od tego, czy premierem jest w danym momencie Jaroszewicz czy Tusk (że nie wspomnę o Kaczyńskim) to i tak funkcjonowanie państwa zależy  w znacznym stopniu od   "urzedników" takich jak choćby ordynatorzy szpitali, którzy albo świecą przykładem, albo uczą chamstwa. Celowo użyłem słowa  "urzędnik" w odniesieniu do lekarza, bo doskonale sobie zdaję sprawę z faktu, że  dzisiejszych czasach wymaga się od lekarza również bycia urzędnikiem, przeciwko czemu ci oczywiście protestują.

Ale zupełnie niedopuszczalne jest, żeby lekarz poświęcał 3/4 czasu jaki należy się pacjentowi na wizycie na bluzganie na rząd Tuska, a z takim przypadkiem tez się osobiście spotkałem w trakcie wizyty u pewnego specjalisty. Oczywiście na inny rząd też nie powienien zemścić, bo to nie mieści się w zakresie jego powinności.

Mógłbym tak jeszcze długo, ale coś rozbolała mnie głowa, więc idę się położyć, a Państwo niech sobie komentują. Byle z klasą, bo to jest blog dla ludzi kulturalnych.