Zapewne nie wszyscy słyszeli o takiej kapeli, więc na początku link, z okazji jutrzejszego koncertu : 

http://www.students.pl/kultura/details/50352/Dream-Theater-koncert-w-Spodku-Katowice-28-lipca-2011

A ja podzielę się z Państwem moimi wrażeniami z innego występu tego zespołu, którego koncert na DVD zatytułowany " Metropolis " uważam za jedno z większych osiągnięc myzyki rockowej, jakie było mi dane słuchać i oglądać.

Między innymi dlatego poszedłem w 2007 roku na ich występ, kiedy grali w W-wie.

Po raz kolejny okazało się, że nie wystarczy doskonała kapela i markowy sprzęt obsługiwany przez wiodącą w branży firmę, aby słuchacz miał możliwość przeżyć na koncercie wrażenia podobne do tych, które zna koncertów zapisanych na DVD, nie mówiąc już o płytach studyjnych.

Bardzo cenię sobie Dream Theater : za ich podejście do materii muzycznej, za absolutną wirtuozerię instrumentalistów, za konsekwencje z jaką kroczą po wybranej przez siebie muzycznej drodze. Choć nie wszystkie ich propozycje mnie przekonują, bo czasem jak dla mnie grają „za gęsto” za szybko i nieraz jest to sztuka dla sztuki, niemniej jednak, kiedy okazało się że wystąpią w W-wie, nie mogłem odmówić sobie  zobaczenia ich na żywo. Co prawda zapał ostudziło nieco miejsce koncertu, czyli słynny Torwar, ale wiedząc o tym, że sala była poddana gruntownemu remontowi i adaptacji akustycznej, liczyłem na to, że coś jednak uda mi się usłyszeć..

Ale niestety, mimo, że zespół przyjechał ze swoją ekipą i postawili niezłe „klocki” , to efekt finalny był tragiczny. Co ciekawe, to ta sama firma, która o ile się nie mylę, zawaliła już kiedyś słynny koncert Stinga na Służewcu, ale jak widać nauka poszła w las. Podstawowa sprawa to poziom głośności. Gdyby ci panowie tak zagrali w „cywilizowanym” kraju, mieli by poważne problemy ze służbami odpowiedzialnymi za dbanie o zdrowie słuchaczy.

Ja wiem, że to jest rockowa kapela i że musi być głośno, ale jeśli to ma być jedyny walor występu, to chyba coś się komuś pomyliło ? Miałem miejsce siedzące mniej więcej w połowie sali i było fatalnie. Wbrew tytułowi ostatniej płyty zespołu, to nie był ”systematyczny” chaos, tylko raczej totalny. Wokal zupełnie niezrozumiały ( poza fragmentami gdy instrumenty grały ciche, spokojne frazy) imponujący wielkością zestaw perkusyjny brzmiał sucho i bez „polotu” ( uderzenia w werbel to była autentyczna katorga dla ucha ) bas zlewał się w jedną , „gumową” nutę, i jedyne co można było jako tako wychwycić z tego bałaganu, to była gitara Petrucciego i frazy grane przez fantastycznego skądinąd klawiszowca, który tak na marginesie, też miał problem z jednym ze swoich instrumentów, no ale to zawsze może się zdarzyć.

Żeby cokolwiek usłyszeć, musiałem cały czas mieć zatkane lewe ucho, gdyż dźwięk odbijał się od ścian i zaprawdę powiadam wam, że nie wystarczy powiesić Line Aray i postawić cyfrową konsoletę, żeby uzyskać choćby zadowalający efekt.

Po ok. 40 min w trosce o receptory zmuszony byłem opuścić zajmowane miejsce i postanowiłem przenieść się na płytę. Tak jak przypuszczałem, po opuszczeniu sali i zamknięciu drzwi nagle okazało się, że wszystko w miarę poprawnie słychać, z tym, że nie widać, co jednak jak się wydaje, jest pewnym zaprzeczeniem idei uczestnictwa w wydarzeniu muzycznym na żywo. Wiem skądinąd, że na Torwarze najlepsza słyszalność jest na płycie, więc niejako w poczuciu obowiązku udałem się w to miejsce, tym bardziej, że sala była zapełniona mniej więcej w 60% i bez problemu mogłem stanąć sobie koło konsolety. Ciekawostką był fakt, że mikser stał na poziomie podłogi ( zabrakło podestów ? ) i obsługujący go akustyk praktycznie nie miał kontaktu wzrokowego ze sceną, ale co gorsza, zdaje się, że słuchowego też nie miał… W tym miejscu również było duuuużo za głośno, co nie może dziwić zważywszy na fakt, że wszystkie linijki ledowe na wyjściach miksera cały czas praktycznie nie opuszczały czerwonego pola. Jeszcze tylko rzuciłem okiem na racki, które oprócz procesorów głośnikowych i zasilaczy prawdopodobnie nie zawierały żadnych procesorów / no cóż , cyfrowy stół ma to wszystko wbudowane / i poszedłem na sam koniec sali, gdzie przy wyjściu było jednak trochę lepiej słychać, co zauważyło jeszcze zdaje się wiele osób, bo siedzieli na schodkach, mimo że jak wspominałem, było wiele miejsc siedzących i połowa płyty była pusta.

Jeszcze przed zakończeniem koncertu mocno zniesmaczony opuściłem ten specyficzny przybytek sztuki, która tym razem okazała się ( abstrahując od umiejętności muzyków ) sztuką przez małe s.

Na jakiś czas wyleczyłem się z chęci uczestnictwa w tego typu wydarzeniach, która jednak pewnie jeszcze powróci, tak jak powróciła teraz, po nieszczęsnym koncercie Stinga, z którego też wyszedłem w połowie, podobnie jak setki, a może i tysiące osób które wtedy nic nie słyszały. Trudno się temu dziwić zważywszy na fakt, że firma nagłośniowa użyła wtedy tylko trochę większego zestawu niż teraz na Torwarze, tyle że tam było podobno 150 tys ludzi, a tu pewnie ze 3 tys. Ja wiem, że gwiazdy z najwyższej półki mają swoich ludzi i niechętnie ryzykują z mniej znanymi firmami, ale głowę daję, że większość naszych krajowych firm,  choćby ze stolicy nagłośniłaby te obie imprezy o niebo lepiej.

Na koniec refleksja historyczna: na tym samym Torwarze, jakieś ćwierć wieku temu oglądałem koncert jednej z moich ulubionych kapel Wishbone Ash. Jedno mogę powiedzieć na pewno: było lepiej słychać !!! i choć para leciała z ust ( chyba nie było ogrzewania ) to tamten koncert pamiętam do dziś, a ten opisany powyżej chciałbym jak najszybciej zapomnieć, żeby nie obrzydzić sobie jednej z bardziej cenionych przeze mnie kapel rockowych czasów współczesnych.

Zresztą i tak już zapomniałem i zostawiłem sobie na pamiątkę jedynie bilet, podobnie jak bilety z kilku innych koncertów. Zrobię im zdjęcie i zamieszczę, żeby nie być gołosłowym...

 

A teraz niech przemówi muzyka : 

http://www.youtube.com/watch?v=qU6fmgnWDfk&feature=related

albo nieco inaczej :

http://www.youtube.com/watch?v=W4iuibP4g4I&feature=related