Jako osoba od wielu lat związana w pewien sposób z branżą artystyczną, chciałbym dorzucić swoje kilka groszy do tematu rozpalającego wyobraźnię, czyli do domniemanych ograniczeń swobody internetowej.

Otóż uważam, że histeria która zapanowała wokół tego tematu w ostanim czasie dowodzi głównie tego, że wielu ludzi myli niestety swobodę w zakresie wymiany informacji z działaniami o charakterze kryminalnym (ataki na internetowe strony rządowe),  z kradzieżą własności intelektualnej  (nielegalne ściąganie muzyki, filmów itp.), a także zapewe nie przeszkadza takim osobom np. fakt, że w necie można bez trudu znaleźć instrukcję skonstruowania dowolnej bomby, także brudnej.

Co ciekawe, znów protestują najgłośniej te środowiska, które uwielbiają różnego rodzaju zadymy, ale to w zasadzie nie dziwi, bo przecież internet to wymarzone miejsce "ustawek" kiboli. Tym bardziej, jeśli nobilituje ich część polityków, którzy co prawda nie bardzo zapewne wiedzą jak korzystać ze skrzynki mailowej, ale za to potrafią komuś zlecić pisanie bloga.

Jeśli chodzi o blokowanie oficjalnych stron organów administracji i rządu, to oczywiście należy ścigać tego rodzaju przestępstwa i karać winnych z całą surowością. Jeśli uznamy bowiem takie działania za przejaw "obywatelskiego protestu" to za chwilę okaże się, że takim protestem będzie np. znikanie z bazy danych punktów za naruszenie przepisów ruchu drogowego, bo przecież to nie wina kierowcy, że musiał jechać za szybko, tylko Tuska, że w tym miejscu jeszcze nie ma autostrady. Albo możemy sobie np. wyobrazić, że haker wiedziony troską o rodactwo włamuje się na stronę szpitala i udostępnia wszystkim informacje, że jakiś polityk leczył się u dermatologa na wstydliwą  chorobę. To oczywiście kompromituje go w oczach nadprezesa, ktory co prawda nie bardzo miał okazję się zarazić, ale za to zaraża otoczenie swoją chorą wizją świata.

Oczywiście bez trudu można sobie wyobrazić dowolne działania o znacznie większej skali zagrożenia, więc nie może być żadnego pobłażania dla tego typu akcji. ABW wyważające nocą drzwi w mieszkaniu kolesia który się  brzydko bawi, to dla mnie piękny widok,  budujący wiarę w sprawność organów powołanych do dbania o bezpieczeństwo państwa. Państwa też , a mojego przy okazji.

I proszę mi tu nie wyjeżdzać ze stroną  o Komoruskim, bo nie o tym mówię.

Jeśli chodzi o okradanie twórców z ich własności poprzez ściąganie plików z internetu,  to sprawa jest o wiele bardziej złożona i " zabagniona" . Niestety jest tak, że dla wielu ludzi stało się to absolutną normą i nie widzą nic niewłaściwego w fakcie, że ktoś udostępnia im takie treści w sieci, a oni z tego korzystają.

Skupię się może na branży muzycznej, bo filmy jakoś nie wzbudzają we mnie specjalnych emocji. Jest ich tyle w oficjalnym obiegu (choćby w tv satelitarnej) że nie jestem w stanie obejrzeć nawet 5% z dostępnej oferty, więc zupełnie nie wiem po co miałbym je ściągać na komputer, dopasowywać jakieś napisy itd. Dla mnie to działania zupełnie irracjonalne, którymi zajmują się chyba głównie osoby, które bardzo się nudzą.

Natomiast kiedy widzę np. pracę zespołu, który długie tygodnie a czasem miesiace siedzi w studio żeby nagrać płytę (a godzina pracy takiego studia to np. 150zł) kiedy widzę ile wysiłłku i pracy kosztuje przygotowanie repertuaru na taką płytę, ile kosztują instrumenty, itd. itp. to szlag mnie trafia, gdy potem płyta się ukazuje i jakiś kryminalista umieszcza ją w sieci, a tysiące ludzi ściągają ją sobie zupełnie za darmo i w ten właśnie sposób pozbawiają artystę wynagrodzenia za jego pracę.

Na podobnych zasadach "pracuje" wielu domorosłych "prezenterów" zwanych również DJ-ami. Ci nie tylko słuchają  muzyki nie ponosząc żadnych kosztów , ale jeszcze na takim procederze zarabiają, odtwarzając muzykę na imprezach. Oczywiście jest też druga strona medalu, czyli idiotyczne przepisy które u nas obowiązują w tym zakresie. Chodzi np.o tzw. licencje i brak możliwośći "oficjalnego" posługiwania się kopiami utworów legalnie posiadanych płyt. Mój kolega DJ ma np. ok 3 tys. kupionych legalnie płyt ( nawet zbiera rachunki ) ale formalnie rzecz biorąc, jeśli na imprezie chciałby grać z kopii ( choćby ze względów bezpieczeństwa ) to w razie kontroli musi liczyć się z koniecznośćią okazania oryginału i dowodu legalnośći zakupu, gdyż granie z kopii jest nielegalne. Ale inny młodzieniec którego też znam, robi wielkie oczy kiedy mu tłumaczę takie kwestie. Jego to zupełnie nie interesuje. On ma laptop, dostęp do internetu i to wszystko. W nocy ściągnie sobie kilkaset utworów i następnego dnia z tego laptopa już może zapodawać najnowsze hity na imprezie w lokalnej remizie.

W razie kontroli teoretycznie powienien taki gość mieć dowód na zakup wszystkich odtwarzanych plików MP3, a organizator powinien odprowadzić tantiemy za każdy odtworzony utwór . Jeśli nie potrafi się wykazać takimi dokumentami, teeretycznie może mu zostać skonfiskowany sprzęt odtwarzajacy. Ale cóż znaczy laptop, w porównaniu np. z profesjonalnym odtwarzaczem CD i mikserem , którego używa zawodowy DJ, że nie wspomnę o setkach płyt ?  - to groszowa sprawa, więc biznes kwitnie, a zawodowcy niestety znajdują się  na z góry przegranych pozycjach.

W "cywilizowanych" krajach ( np. w Anglii ) ta kwestia rozwiązana jest bardzo prosto. Otóż rejestrujac się jako prezenter ( DJ ) uiszcza się co miesiąc stosowną, stosunkowo niewielką ( np. 20 funtów ) opłatę i można wówczas grać co się chce, z dowolnych nośników i nikt się nie przyczepi. No ale to widać za proste dla naszych urzędników. A właściwie nie tyle za proste, ile nie dające okazji do nachapania się przez licznych pośredniów. No ale to znów zbyt obszerny temat, żebym mógł go bardziej rozwijać tutaj.

Ktoś powie, że zespoły zarabiają głównie na koncertach. Otóż nie do końca tak jest. Np. duże trasy koncertowe prawdziwych gwiazd często są  tak kosztowne, że nie przynoszą same w sobie specjalnych zysków. Służą właśnie promocji płyt, sprzedaży gadgetów reklamowych itp. U nas faktycznie topowi wykonawcy zarabiaja relatywnie spore pieniądze, choć nieporównywalne z gażami gwiazd zachodnich. Ale np. z 50 tys. złotych honorarium za występ znanej wokalistki trzeba przecież odliczyć koszt obsługi technicznej, transportu, wynagrodzenie członków zespołu i już z tego pół miliona robi się znacznie mniejsza suma. Oczywiście są jeszcze tantiemy z których nieźle mogą żyć szczególnie ci wykonawcy, którzy jednocześnie są autorami muzyki i tekstów.  No ale te tantiemy spływają głównie z tytułu odtwarzania utworów w środkach masowego przekazu, takich jak radio i tv.  A pozostaje przecież jeszcze cała szara strefa o ktorej już wspomniałem.

Wreszcie na koniec zatrzymam się na chwilę na kwestii ingerencji w treści publikowane na potralach internetowych, czy różnego rodzaju forach dyskusyjnych. Otóż również w w tym wypadku uważam, że jakaś forma kontroli jest niezbędna. Puszczanie wszystkiego na żywioł prowadzi bowiem głównie do lawinowego wzrostu agresji i zachowań patologicznych, które w świecie realnym skutkują walkami uliczymi i niszczeniem mienia.

Dlatego administracje portali powinny jednak bacznie przyglądać się tym użytkownikom, którzy przekraczają granice,  których naruszenie w realu powoduje  zachowania sprzeczne z zasadami współżycia społecznego, czy wręcz nosi znamiona działań kryminalnych. Nie będę tu wspominał o granicach dobrego smaku i przyzwoitości, bo te są jednak dość płynne i zależą w dużym stopniu od wychowania w rodzinie i w szkole, a to znów temat na zupełnie inny felieton.

I jeszcze tylko słów kilka  o portalach społecznościowych.

Co i rusz dowiadujemy się o wykradaniu naszych danych, o śledzeniu naszej aktywności w sieci, o różnych aferach związanych z umieszczaniem tam zdjęć i innych materiałów, które pojawiły się wbrew osobie zainteresowanej itp. itd.  A ja mam tylko jedno pytanie w związku z powyższym : 

Czy obecność w takim miejsu jest obowiązkowa  ?

Rozumiem jeszcze artystę, który w ten sposób komunikuje się ze swoimi fanami ( choć znam kilku, którzy nie uznają tego za konieczność ). Rozumiem w pewnym sensie instytucje pożytku publicznego, choć jak wchodzę np. do Centrum Rehabilitacji i widzę na drzwiach napis: "jesteśmy już na Faecebooku" to raczej mnie to smieszy, niż wywołuje pozytywne wibracje. Niedługo osiedlowy warzywaniak też wywiesi takie ogłoszenie i pani Kazia będzie mogła napisać, że sałata wczoraj była nieco przywiędnięta, a Pan Józio, że por dobrze mu zrobił na potencję.

Ale jeśli osoba zupełnie prywatna decyduje się na założenie konta w takim miejscu bo inni też mają, bo nie wypada nie mieć, bo przecież  to sprostanie  wyzwaniom współczeności itp.  to ja się dziwię takiemu podejściu.

Nie mam konta w żadnym takim miejscu i w związku z powyższym nie obawiam się żadnych płynących z faktu jego posiadania zagrożeń. Mam dość liczne grono znajomych (również wirtualnych) i jakoś nie odczuwam potrzeby, aby ilość tych kontaktów rosła w postępie geometrycznym. Nie znajduję też satysakcji z powodu nabijania konta twórcom takich miejsc, ani też nie szczytuję na myśl o tym, że ktoś kogo nie znam "lubi to"  to co piszę.

No ale każdy decyduje sam i właśnie ta wolność wyboru jest piękna, prawda ?

Ale skoro już ktoś się zdecydował, to ewentualne pretensje może mieć tylko do siebie tym bardziej, jeśli zagrożenia są powszechnie znane.

Dlatego też tylko do siebie będę miał pretensje, jeśli prowadzenie tego bloga doprowadzi mnie do czegoś okropnego :))

Pozdrawiam wszystkich moich czytelników obojga płci, a szczególnie nową w naszym gronie blogerkę o nicku PODPISANO ODRĘCZNIE .

Oświadczam przy okazji dosadnie, że P.O. jest kobietą, co niestety często umyka uwadze komentatorów,  być może ze względu na bezosobową formę nicka.

P.S.:

Mam nadzieję, że wszyscy zauważyli, że ani razu nie użyłem w tekście słowa ACTA....

 

 

 

.